13.03.2012

Vittorino Andreoli: Pożegnanie ze światem w Wenecji

           Pokój, którego okno wychodziło na rio de la Vesta, miał dwa piętra połączone wewnętrznymi schodami. W górnej części, która był rodzajem tarasu na kolumnach, znajdowało się szerokie łóżko. Nie można było tam stać, gdyż nawet leżąc, sufit miał zaledwie metr, półtora, nad głową. Patrzył na stare drewniane belki, które wyłaniały się ze stropu regularnie co trzydzieści centymetrów. Między nimi istniały długie czworoboki, biegnące aż do okna, przez które wlewała się jedynie ciemność.
            Na dole stały wielki stary czerwony fotel i stół, na którym leżało kilka zakurzonych książek.
            Pokój wypełniały nieistniejące cienie, które tylko on widział.
            Był tam cień jego ojca, który umarł młodo, mając dwadzieścia lat mniej niż on teraz, skutkiem czego syn był teraz jakbystarszy od ojca.
            Nie było tu żywej duszy i jeżeli czegoś by potrzebował i o to poprosił, jedyną osobą, która mogłyby mu odpowiedzieć był nieżyjący ojciec.
            W mieszkaniu był jeszcze drugi pokój, także z łóżkiem na podwyższeniu, a pod nim obszerna sień.
            Poza tym był tam wielki salon. Nie postawiono w nim półpiętra: panował tu styl dostojny i majestatyczny. Zasłony z adamaszku, stare drewniane rzeźby, kanapa i fotele w stylu Ludwika XIV, które wzbudziłyby pożądanie u niejednego antykwariusza, który postrzega jedynie rzeczy z przeszłości, jakby był żywym trupem i poruszał się między martwymi przedmiotami.
            Dobudował jednak nowoczesną kuchnię i dwie łazienki.
            W łazience mył jedynie twarz, a w kuchni podgrzewał trochę mleka, które spożywał z kawałkami suchego chleba. Nikogo nie przyjmował, był sam i dobrze mu z tym było.
            Ukazanie w telewizji jego osiemdziesięciu dwu lat życia, którym przyglądał się w pamięci, wymagałoby serialu o tysiącu odcinków.
            Ból był bez wątpienia silniejszy niż zazwyczaj i nie ustępował przy zmianie pozycji. Za plecami ułożył sobie dwie poduszki. Siedział z szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w niknące w ciemnościach przedmioty.
            Chwilami ból był tak przenikliwy, jakby w jego pierś wbijał się ostry sztylet.
            W tym wieku człowiek nie lęka się bólu i nigdy nie jest on nie do zniesienia. Ból był dla niego zwierciadłem, metaforą egzystencji i nie zamierzał zażywać jakiegoś środka znieczulającego lub jednej z tych pigułek, które zapisuje się starcom tylko dlatego, że będąc w podeszłym wieku, muszą na coś chorować.
            Zupełnie o tym nie myślał. W przeszłości, po wielu elektrokardiogramach i pomiarach ciśnienia, stwierdzono u niego anginę serca, czyli prapremierę zawału.
            Nie wrócił jednak do szpitala, gdyż doszedł do wniosku, że w jego wieku śmierć, która nie jest przecież żadną chorobą, powinna mieć prawo dostępu do człowieka bez większych trudności i dyskusji lekarzy.
            Często myślał o śmierci, jednak bez lęku. Zazwyczaj kojarzyła mu się z ojcem.
            Tej nocy jednak mniej o niej rozważał. Chciał czuwać i lękał się, że zaśnie.
            Oczy trzymał szeroko otwarte i nawet ból, czasami przeszywający, postrzegał z sympatią, gdyż mówił mu, że nadal był świadomy i obecny, czyli żywy.
           Kolor belek w sklepieniu zmieniał się w ciągu nocy: ich silna czerń stopniowo się rozjaśniła i obecnie z brązu wyłaniały się wszystkie owe zarysy, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak dekoracje, lecz w rzeczywistości ukazywały strukturę dębowych pni i mówiły o okazałych drzewach, z których pozostał jedynie szkielet obciosany przez jakiegoś drwala. Z ich dawnego życia pozostało jedynie wiele kręgów, które przecięte przemieniły się w przepiękne i tajemnicze hieroglify. Ten sufit był cmentarzyskiem drzew.
          Zapragnął zobaczyć trochę świata, więc postanowił wstać i wyjść z mieszkania, w którym często czuł się jak bezwartościowe odznaczenie złożone w pancernej kasie.
            Była zima i panował chłód, typowy dla końca grudnia i roku, który na dodatek zbiegał się z końcem wieku i tysiąclecia.
            Nic go to jednak nie obchodziło, gdyż wiedział, że tego rodzaju rocznice miały sens dla ludzi zakorzenionych w tym świecie, uczepionych wskazówek czasu i chęci kręcenia się na nich jak najdłużej.
          Chciał wyjść, by popatrzeć na kanały wijące się między zabudowaniami Wenecji. Pragnął napełnić swoje oczy miastem, a nie ciemnością, która choć różnorodna, za mocno zalała mu umysł.
           Przywdział grube skarpety i sweter z wysokim kołnierzem, aby zabezpieczyć się przed zimnem. Nigdy nie przeglądał się w lustrze, które też było stare. Rzucił w nie jednak przelotnie spojrzenie i uśmiechnął się do siebie sardonicznie z powodu bólu w klatce piersiowej, który wypychał go do wyjścia i rozejrzenia się po świecie. Wenecja bez wątpienia była cudownym fragmentem świata, było to miasto szalone, wzniesione wbrew wszelkim zasadom zdrowego rozsądku.
            W jego czarnych i głęboko osadzonych oczach tlił się blask tajemnicy i lęku. Był to lęk ogólnoludzki, nie osobisty. W jego wieku człowiek już niczego się nie lęka, przerażonymi są najwyżej życie i podłość.
            Nie miał wrogów, gdyż nie istniał. W Wenecji zamieszkał późno, gdy już się nie liczył i był jedynie ciałem zajmującym przestrzeń. Jeżeli przestał by się poruszać, przestrzeń ta przemieniłaby się w grób na cmentarzu, na który nikt nie przyniósłby nawet jednej chryzantemy, gdyż nie miał na tym świecie nikogo. Był zupełnie sam w pełnym znaczeniu tego słowa. W koło rozciągała się ludzka pustynia, całkowicie jałowa, po której hulał jedynie wiatr, przerzucając wypalone słońcem suche ziarnka piasku.
            Po schodach schodził z prawdziwą rozkoszą. Postrzegał różne szczegóły z wyrazistością, jakiej nie pamiętał od lat. Posadzka na parterze była z czarnych i białych marmurów poukładanych w typowe dla Wenecji geometryczne wzory. Zatrzymał się na dziedzińcu i zaczął go podziwiać, jakby był jednym z tych Japończyków, którzy  wszystkiemu się dziwią. Studnia była podobna do tych, które można zobaczyć na placach św. Anioła i św. Stefana. Dalej była, wykuta przez rzemieślnika, jakiego dzisiaj na próżno byłoby szukać, żelazna furtka, wiodąca do kanału po którym sunęły gondole. Przepływają tamtędy nieustannie, pełne obcokrajowców, którzy wsiadają do nich przy kościele św. Mojżesza i potem suną po wodzie z gondolierem, który opowiada bujdy lub pozwala jednemu ze swoich znajomych zaśpiewać fragment jakiejś znanej piosenki, a ten, by ubogacić weneckie repertorium sięga nawet do Posillipowej ‘O’ sole mio’[1] i choć fałszuje niemiłosiernie, zawsze ma wielkie powodzenie.
            Obecnie przepływające gondole były puste.
            Znalazł się w przesmyku Caffetier, a więc poza domem. Była to maleńka przestrzeń, w której między dwoma ścianami porozciągano sznurki, na których rozwieszone majtki, staniki i koszule nasuwały na myśl spacerujących po linie ekwilibrystów.
            Skręcił na lewo, gdyż chciał dojść do placu św. Marka, jednak bez pośpiechu. Nie miał nic do roboty i nie musiał niczego kupować. Pragnął jedynie żyć, doświadczać samego życia, bez żadnych obowiązków poza tym, by żyć, choć nie za wszelką cenę.
            Szedł powoli z powodu bólu i z powodu nóg, które miały już wiele lat. Wyglądał jakby szedł pod rękę ze śmiercią i takie wrażenie musieli odnosić mijający go przechodnie, który spieszyli się do pracy oraz turyści pragnący zobaczyć jak najwięcej, a oto wzrokiem trafiali na tego Feniksa z połamanymi skrzydłami. Wydawało im się wtedy, że przyszyli na przedstawienie do spalonego teatru.
            Ból, który wyprowadził go na przechadzkę, nie opuszczał go. Chciał o nim zapomnieć, starając się przede wszystkim o nim nie myśleć i nawet oszukiwał samego siebie wmawiając sobie, że nie było to nic wielkiego w porównaniu z bólem doświadczanym w przeszłości. Jednak wspominanie bólu wydało mu się być przestrzenią bardzo rozległą.
            Uśmiechał się do mijanych przechodniów i ich pozdrawiał, nawet jeżeli nikogo z nich nie znał i wiedział, że nikt go nie pozdrowi.
            Gdy jednak czasami któryś z nich odpowiadał na jego pozdrowienie, czuł, że wlewała się weń nowa doza życia. Gdy minął most de la Vesta, zauważył, że olbrzymie parterowe okna Hotelu Kette, były podobne do tych z Hotelu Danieli. Znał ten hotel, gdyż jego okna wychodziły na rio de la Vesta i czasami się w nie wpatrywał, podpatrując gości w pośpiechu przebierających się bez zaciągania załon. Raz wpadł mu  w oko wielki babski tyłek, a innym razem dosłyszał wrzaski jakby kogoś mordowano, pochodzące jednak od kochającej się pary, która nie zamknęła okien.
            Przed dojściem do placu św. Marka musiał minąć kościół św. Mojżesza: doszedłszy więc do końca ulicy Sartor de la Vesta powinien był skręcić na lewo w ulicę Larga, przy której znajdowało się Izba handlowa, a potem podążać nią aż do mostu św. Mojżesza i przejść przez niego.
            Wiedział, że usiądzie na schodach wiodący do głównego wejścia kościoła. Zamierzał to uczynić, poniważ był zmęczony, lecz nade wszystko dlatego, że chciał to zrobić już wiele razy, jednak zawsze powstrzymała go od tego jakaś myśl. Uważał, że mógłby zostać uznany za żebrzącego biedaka i bał się, że zatrzymają go żandarmi, którzy tępili uliczne żebractwo, gdyż zabraniało go prawo miejskie. Nie chciał też zostać obrzucony obelgami przez jakiegoś idiotę twierdzącego, że bieda jest zawinioną indywidualnie karą, a nie zarazą wywołaną przez sposób funkcjonowania społeczeństwa.
            Tego ranka żadna z tych myśli, które ciągle jeszcze mogły pojawić się w jego umyśle, nie powstrzymała go. Usiadł więc z westchnieniem ulgi, jak rozbitek, który myślał, że utonie, a nagle trafił stopami na podwodną skałę i poczuł, że jeszcze trochę pożyje. Żywych i umarłych, niezależnie od tego co by się o nich myślało, dzieli prawdziwa otchłań.
            Usiadł na najwyższym stopniu schodów i plecy oparł o fronton kościoła św. Mojżesza, mając wrażenie, jakby zasiadł na królewskim tronie.
            Z tego podwyższenia spoglądał na placyk Barozzi i most św. Mojżesza, przez który dopiero co przeszedł. Po lewej stronie miał wystawny hotel Bauera, a naprzeciw niego liczne butiki dla milionerów. Nieco dalej, na wprost, było miał miejsce, z którego odpływały gondole i gdzie kręciła się grupa wesołych gondolierów, którzy klęli soczyście po wenecku.
            Wszyscy oni czekali na kogokolwiek, kto wsiadłby do owej dziwnej drewnianej łódki pomalowanej na czarno na wspomnienie zarazy, która dawno temu pochłonęła połowę ludności Wenecji. Podróż gondolą wprowadza w to piękne i absurdalne miasto, które własne dziwactwo uczyniło zasadą normalności. Jednoczą się w nim Wschód i Zachód. Tu skupia się cała Śródziemnomorska kultura, na którą Wenecjanie wpłynęli przez swój handel.
            Gondolierzy nadal ubierają się ja marynarze i noszą kapelusze, które mają w sobie coś karnawałowego i odświętnego.
            Prowadzenie gondoli po kanałach jest zabawą, co potwierdza fakt, że każde dziecko marzy o zostaniu gondolierem, a każdy gondolier jest dużym dzieciakiem.
            Nie sprawiali wrażenia, jakby pracowali, lecz jakby byli aktorami poprzebieranymi na jakieś urocyzste spotkanie i zainteresowanych głównie na kobietach. Każdą, która obok nich przechodziła, oceniali strony łóżkowej.
            Zauważyli go i mówili coś na jego temat, jednak tego nie dosłyszał.
            Był kimś obcym nawet dla tych, którym uwagi nic nie umyka, jak plotkującym przekupkom o spojrzeniu podejrzliwym i ciętym języku.
            Przyglądali mu się także ludzie wychodzący z hotelu, jednak tylko po to, by skomentować go od strony estetycznej. W Wenecji bowiem wszystko podchodzi pod tą kategorię i nawet bieda jest pod nadzorem Urzędu Sztuk Pięknych. On zaś był piękną postacią. Miał białe rozczochrane włosy i brwi jeszcze czarne, jednak nie z kokieterii lub wymysłu jakiegoś fryzjera, u którego nie był przynajmniej od dwudziestu lat. Oczy głębokie niczym studnie sgazzerińskie[2]. Wysoki kołnierz swetra wystawał ze staromodnego płaszcza, który choć ciepły, nie przywoływał na myśl żadnego projektanta mody i upodabniał go do żołnierza na służbie rosyjskiego cara.
            Nie obchodziły go ich komentarze. W młodości, gdy robił karierę, która zawsze zależy od opinii innych, bardzo zwracał uwagę na to, co inni o nim mówili, starał się robić jak najlepsze wrażenie i w miarę możliwości korygować własne postępowanie, gdy zauważał, że inni w tym lub innym punkcie go krytykowali.
            Od lat jednak już się tym nie przejmował i był, kim był. Ludzie mogli nawet brać go za kogoś innego, gdyż w starości w oczach innych jest się nikim, przestaje się istnieć.
            W tej chwili, oparty o kościół św. Mojżesza, był fragmentem architektury, częścią wystroju miasta.
            Do kościoła tego nikt nie zachodził i jeżeli nie byłoby tam pewnych dzieł sztuki, w szczególności obrazów w ołtarzach typowych dla malarstwa weneckiego, kościół ten można by zamknąć.
            Bogu nie za dobrze powodzi się w Wenecji. Jeżeli zostawiłoby się Go w rękach Wenecjan, byłby to Jego koniec.
            Podobało się mu to miejsce i zorientował się, że usiłował zebrać własne członki w jak najmniejszej przestrzeni, obejmując siebie, nie tylko aby nie tracić ciepła, lecz  także by poczuć uścisk. Był sam i nie mógł zostać zamknięty w tabernakulum kogoś, kto pragnąłby jego dobra.
            W tym wieku pasje nie działają już na wyobraźnię. Myślał o ojcu, którego adorował i którego często mu brakowało, także teraz. Chciał, aby tu i teraz z nim był, aby mógł porozmawiać z nim o tym, co widział.
            Nadleciały gołębie. Najpierw jeden, a za nim trzy inne i z pewnością za chwilę byłoby ich już tyle, że wypełniłyby cały plac, zwłaszcza gdyby miał im co dać do jedzenia: kawałek starego chleba lub kilka ziaren, które sprzedają na placu św. Marka, aby zabawić dzieci lub zrobić sobie zdjęcie z gołębiem siedzącym na dłoni, czy nawet głowie.
            Wsunął ręce do kieszeni, gdzie natrafił na wiele rzeczy, jednak nie znalazł nic, co zasmakowałoby gołębiom.
            Zrobiło mu się przykro, gdyż chciał zatrzymać je przy sobie. Mógł zacząć się za nimi uganiać, lecz tylko dzieci wierzą, że gołębia można złapać w rękę. Bardziej poszczęściłoby mu się, gdyby wygłosił im kazanie. Nie żeby odgrywać św. Franciszka żyjącego w innej epoce lecz dlatego, że chętnie powiedziałby im kilka rzeczy: podziękowałby Bogu za to, że nie są ludźmi, że nie znają nienawiści i nigdy wypowiadają wojen; są dobre i nie czynią nic złego. Nigdy też nie opuszczają starych gołębi.
            Pojawiła się grupa Japończyków z przewodniczką trzymającą otwarty czerwony parasol, aby przywołać uwagę wszystkich i uniknąć tego, by ktoś z grupy się zgubił, o co w tym mieście było łatwo.
            Opowiedziała im historię kościoła św. Mojżesza, potem grupa zaczęła wchodzić do gondoli, a czarny obłok gondolierów nagle znikł. Gdy wszyscy już z pomocą gondolierów, pośród śmiechów i lekkiego ryzyka przymusowej kąpieli, powsiadali, zaczęli machać pożegnalnie rękoma, a ponieważ w koło nie było nikogo innego, zwrócili się do niego. On zaś, nie chcąc ich zawieść, zaczął do nich machać obiema rękoma, a nawet wstał. Zrobił kilka kroków i pozdrawiał ich, aż nie zniknęli mu z oczu po wpłynięciu do Wielkiego Kanału, w którym oczarowani cudownymi budowlami, całkowicie zapomnieli o owym staruszku.
            Zrobiło mu się przykro, gdyż miał wrażenie, że właśnie nawiązał pewien kontakt, oczywiście zwiewny, ze światem.
            Tym razem ból wyjątkowo silny i nie ustępował, rozchodząc się po klatce piersiowej i lewym ramieniu, aż po dłoń, której nie był w stanie zamknąć. Na chwilę przymknął nawet oczy.
            Osunął się na ziemię układając niczym zawiniątko, a jego ciało przybrało formę, jaką ma dziecko w matczynym łonie, którego nie można uznać za wygodny pokój w jakimś hotelu, a już pewnością nie za apartament u Bauera.
            Ból był straszliwy, jednak ze wszystkich sił starał się trzymać oczy otwarte, a świat który widział, był dziwny, gdyż tworzyły go buty i nogi do łydek, co nasuwało mu na myśl tłum zgilotynowanych krasnoludków. Poza tym widział jedynie głowy gondolierów, którzy kręcili się po placu lub przypływali z turystami. Ich oblicza ginęły pod słomkowymi kapeluszami ozdobionymi czerwoną wstążką, której dwa paski spływały w dół powiewając radośnie.
            Roztropnie byłoby udać się do domu, jednak zaplanował, że dojdzie do placu św. Marka i postanowił natychmiast tam wyruszyć lękając się, że nie zdąży. Było to dziwne uczucie, gdyż wprowadzało na scenę czas, który mijał i mógł się zatrzymać.
            Dzięki tej determinacji, bolesny uścisk w piersiach nieco ustąpił i nawet ramię przestało mu doskwierać. A może tylko przyzwyczaił się do bólu, co było jedną z tajemnic życia.
            Ponownie był na nogach, choć jego wzrost zmalał przynajmniej o dziesięć centymetrów: kolana mu się uginały, a pleców nie był w stanie w pełni wyprostować. Stawiał malutkie kroki, posuwał się do przodu niepewnie jak dziecko i był kruchy niczym szkło z Murano wyprodukowane przed laty przez szklarzy z owej wyspy.
            Oczy wolno ślizgały mu się po chodniku, po kamieniach deptaku Mojżesza, niczym ciągnięte przez dzieci zabawki pociągów, które nigdy nie posuwają się na kółkach i cały czas się wywracają.
            Czuł, że niesie wielki ciężar. Wlekł za sobą życie, które gdy kona, staje się ciężkie jak głaz.
            Oddychał ciężko i mruczał jak motor, co dziwnie brzmiało w Wenecji, w której nie ma samochodów. Przypominało to dźwięk lokomotywy, która dojeżdżając do końcowej stacji wyrzuca z siebie obłoki pary, ma niewielki już zapas węgla i ogień w palenisku wygaszony.
            Czasami kilka metrów może być długie jak odwrót spod Donu lub jak zimowy marsz w kierunku Stalingradu.
            Gdy wszedł na ulice Seconda de Ascension i zobaczył schody Pałacu Correr, wiedział, że zdołał dojść i zaczął jednocześnie śmiać się i płakać. Wiedział, że się uparł i dopiął swego, więc rozpierała go duma.
            Już go widział, chciał jednak jeszcze przeciąć kolumnadę, postawić stopy na placu i oprzeć się o jedną z setek kolumn, które tworzą ów doskonały prostokąt otwierający się na Bazylikę św. Marka.
            Gdy przycupnął pod kolumną, którą miał po swej lewej stronie, poczuł, że w końcu dotarł, gdzie miał dotrzeć. Był u kresu.
            Wykonał pracę Syzyfa i teraz zdominował go ból: był już tylko strzępem bólu i udręki.
            To, na co patrzym, widział wiele razy, jednak nigdy jeszcze nie odczuł takiego piękna i wspaniałości. Jakby znalazł się w raju.
            W głębi wznosiła się czerwona dzwonnica, a w tle biel Bazyliki. Była ona jak wyhaftowane płótno, które można by rozłożyć w żłóbku śmierci, lub wykorzystać w fantazyjnej czy sennej podróży.
            Postrzegał czystość kolorów: czerwień cegły, biel anioła i rozległą czerń chodnika. Razem tworzyła cudowną kompozycję. Całość pokrywał delikatny welon łez sprawiając, że wszystko razem mieniło się jak diament.
            Płakał z bólu lecz nade wszystko ze wzruszenia. Był szczęśliwy, szczęśliwy z bycia cząstką tego wszystkiego. Szczęściem napełniało go bycie na tym placu, który przyjmował go z hojnością, z jaką on z kolei witał gołębie i uśmiechał się do wszystkich, którzy przybyli tu ze wszystkich stron świata, aby namacalnie doznać cudu.
            Chciałby móc wierzyć w Boga, aby w tej chwili poprosić Go, by usiadł obok niego. Czuł się sam i jedynie w pamięci szukał pewnego dalekiego uczucia, ojca, który zawsze przybywał, choć tym razem spóźniał się, jakby nie chciał być obecny przy tym, co miało się wydarzyć.
            Przechodniów postrzegał jak cienie lub umarłych.
            W koło zapanowała cisza, jak w pustelni, aby nie zakłócać rozgrywającego się rytu, który był tajemniczy i zarazem dramatyczny.
            Przypominało to ciszę, jaka zaległa ulicę Manzoniego w Mediolanie, gdy umierał tam kompozytor Verdi. Na ulicach rozsypano słomę, aby nie było słychać ruchu powozów i aby także one wzleciały z nim do raju.
            Ze wszystkich sił starał się trzymać oczy otwarte, a rzęsami odgarniał łzy. Miał przed sobą nowy widok, nawet jeżeli nadal spoglądał jedynie na bezgraniczne piękno placu, który był placem św. Marka.
            Pojawiła się lekka mgła, która wszystko uczyniła jeszcze mniej realnym i była niczym biały welon panny młodej ukrywający jej wdzięk.
            W głębi dzwonnica wznosiła się strzeliście w górę, on jednak przebiegał ją wzrokiem powoli, niezdolny już do pośpiechu i ucieczki.
            Doświadcza się w życiu niewielu sytuacji, od  których nie warto uciekać, a w tej scenografii było to rzeczą wprost niemożliwą. Wzrokiem sięgnął szczytu dzwonnicy i potem wzleciał do nieba. Miał wrażenie, że dotarł do miejsca, z którego nie było już powrotu na ziemię.
            Było mu przykro, gdyż istniało tak wiele pięknych rzeczy, ziemia była cudowna i choć mogła by być ogrzewana miłością, często zalewały ją fale nienawiści. W tej chwili jednak postrzegał tylko piękno. Opuścił wzrok i zobaczył gołębie, które do niego mówiły. Chodziły dosłownie przed nim, lecz nie szukały jedzenia. Rozumiały, że był sam i w potrzebie. Pragnął czułego uścisku, słowa, spojrzenia. Potrzebował kogoś, kto by go pozdrowił mówiąc, że pięknie było go spotkać, nawet jeżeli byłoby to jedynie niewinne kłamstwo.
            Był szczęśliwy także dlatego, że na plac św. Marka nie można wnosić nienawiści, ani przyzywać bolesnych wspomnień.
            Czuł jedynie ból w piersiach, jednak i on się przemieniał, tracił na znaczeniu i stawał się poezją. Była to poezja cierpienia. W samotności nawet ból staje się towarzyszem, gdyż bez niego niczego już by się nie czuło i można by pomyśleć, że się umarło. On natomiast żył i oczyma pochłaniał najpiękniejszą część ziemi oraz spoczywające nad nią niebo, cudowne i pełne tajemnicy. Przestrzeń bezkresną, w której jest miejsce dla wszystkich i gdzie nikt nie jest sam.
            Oddychał z trudem, jednak nie zdawał sobie z tego sprawy. Czuł, że jego ciało stawało się coraz cięższe, jakby nikt nie chciał już go podtrzymywać, nawet on sam.
            Wydawało mu się, że słyszy lekką muzyka. Jakiś utwór weneckiego baroku, może Vivaldiego, jednak lżejszy i berdziej uroczysty. Grały rajskie skrzypce i bezcielesne wiolonczele. Instrumenty niematerialne.
            Jego myśli, które już zgasły, stały się symfonią.
            Plac jeszcze bardziej się powiększył, a on poczuł się jeszcze mniejszy, malutki jak pył.
            Był szczęśliwym pyłkiem.
            Z trudem łożył usta w uśmiech. Chciał wszystkim podziękować, nawet tym, którzy go opuścili. Chciał wyrazić swą wdzięczność, gdyż wiele nauczył się także od samotności.
            Nadszedł czas odejścia. Miał nadzieję, że zatrzyma się gdzieś niedaleko, aby móc jeszcze popatrzeć na plac św. Marka. Może nawet bez owego bólu w piersiach i z jakimś aniołem, a przynajmniej z tatusiem, który z pewnością na niego już czekał.
            Może nawet będzie mógł poprosić go, aby usiadł obok niego, opartego o ową kolumnę, pod którą teraz był jeszcze bardziej sam, gdyż stracił pamięć.
            Był sam, a w jego oczach odbijał się rozpościerający się przed nim widok, który teraz w nim się uwiecznił: czerwona dzwonnica, biała Bazylika, jakby wyhaftowana, i czerń rozległego chodnika. A nad tym wszystkim niebo.
            W Wenecji już go nie było.

Vittorio Andreoli, Racconti segreti, Rizzoli, Milano 2005, ss. 7-17; przełożył Maciej Bielawski.

Na temat autora zobacz w Maciej Bielawski's Essays: "Vittorino Andreoli i jego wariaci" oraz Andreoli di carta.

Wydawnictwo Homini wydało dwie książki Andreoliego: Moi wariaci (2007) oraz Zrozumieć cierpienie (2009).



[1] Posillipo to jedna z dzielnic Neapolu, z którą wiąże się słynna, napisana w 1898 roku przez Giovanni Capurro (słowa) i Eduardo di Capua (muzyka), neapolitańska piosenka «O’ sole mio’». Jej śpiew, w leżącej na północy Wenecji jest dla tubylców, nie dla turystów, rzeczą śmieszną. To tak, jakby w Sopocie śpiewać turystom „Góralu, czy ci nie żal” (p.t.).
[2] Aluzja di studni z Placu delle Sgozzerie w Weronie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza